PORADNIK POZYTYWNEGO RODZENIA

Bardzo dobrze wspominam czas ciąży – szczególnie ostatnie 3 miesiące, bo początkowo doskwierały mi solidne mdłości. Towarzyszyło mi wtedy poczucie pewnego rodzaju wyjątkowości i wyczekiwania: na każde kolejne usg, na każdy kolejny ruch dziecka. Co tu dużo mówić, było wspaniale!

MRYBICKA_20170907_661

Czasami mam wrażenie, że ciąża trwa 9 miesięcy m.in. po to, żeby kobieta, decydując się na dziecko, nie myślała jeszcze o bólu, który czeka ją na samym końcu. W ostatnich dniach przed porodem odczuwałam spory niepokój i niepewność. Nie mogłam zasnąć, zdarzało mi się nawet wpadać w panikę. Nie wiedziałam czego się spodziewać po swoim ciele. Obawiałam się nie tylko bólu, ale również utraty kontroli nad swoimi reakcjami. Może to zabawnie zabrzmi, ale najtrudniejsze było dla mnie to, że nie mam już wyjścia – muszę urodzić! Że droga prowadzi tylko w jedną stronę, a ja nie mogę się wycofać i powiedzieć: „yyyy… fajnie było, ale teraz niech zostanie tak, jak jest”.

MRYBICKA_20170907_1017

Opowieści znajomych również nie nastrajały mnie dobrze. Czy wy też macie takie wrażenie, że czasami łatwiej nam opowiadać dramatyczne historie niż te dobre, proste i hmm… najwyraźniej nudne? Nasłuchałam się o porodach z komplikacjami, trwających kilkadziesiąt godzin, kończących się cesarką etc. I trudno zaprzeczyć, że takie przypadki mają miejsce. Niestety bywa różnie. Nie zmienia to jednak faktu, że samopoczucie kobiety, jej psychiczne nastawienie do tego nowego doświadczenia, jakim jest urodzenie dziecka oraz wsparcie bliskich w końcowym okresie ciąży, mogą mieć olbrzymi wpływ na przebieg akcji porodowej. Dlaczego więc nie spróbować się na tym skupić i myśleć pozytywnie?

CZY PORÓD DA SIĘ ZAPLANOWAĆ?

Oczywiście jest mnóstwo spraw, na które nie mamy wpływu podczas akcji porodowej. Ale są też takie, które możemy przygotować i dzięki temu uczynić ten czas nieco bardziej przewidywalnym. A przewidywalność to również w pewnym sensie większe poczucie bezpieczeństwa. Najbardziej oczywiste tematy to: wybór szpitala i analiza drogi do niego (w tym opanowanie trudnej sztuki unikania korków), skompletowanie wyprawki, przygotowanie dokumentacji medycznej oraz zapakowanie toreb dla mamy i dziecka. Powtarza się o tym non-stop chyba w każdej szkole rodzenia. To, co my zrobiliśmy dodatkowo, to:

  • torby do szpitala woziliśmy ze sobą w samochodzie, na wypadek gdyby poród zaczął się poza domem (wtedy Potwór nie musiałby po nie drałować przed wyprawą do szpitala),
  • w bagażniku mieliśmy dodatkowo zgrzewkę wody mineralnej, której potrzebowałam w szpitalu,
  • stworzyłam Potworowi listę spraw, o których miał pamiętać (np. zamówienie diety wegańskiej albo ogrzanie pieluszki tetrowej, którą Ptyś został przykryty po narodzinach) – dostęp do tej listy Potwór miał przez Internet, więc nie mógł jej zapomnieć,
  • spisałam też listę najbliższych osób, które Potwór poinformował o tym, że poród się zaczął.

MRYBICKA_20170907_1720

ZE ZNIECZULENIEM CZY BEZ?

Znajomi, którzy kojarzą mnie głównie z weganizmem, byli przekonani, że mam zamiar urodzić w lesie, na łące albo w innych „ekstremalnie naturalnych” warunkach. Szczerze mówiąc nie przyszło mi to do głowy i od początku byliśmy nastawieni na tradycyjny poród w szpitalu (może przyczyną tej decyzji było większe poczucie bezpieczeństwa, które dawała nam bliskość sprzętów medycznych albo to, że po prostu nikt nie przedstawił nam innych możliwości?). Natomiast sprawą, którą mocno rozważałam, było znieczulenie. Nie będę się tutaj rozpisywać na ten temat – jeśli ktoś chciałby go zgłębić, zapraszam w odmęty Internetu (tak, wiem, nie zawsze jest to najlepsze źródło wiedzy, ale w tym przypadku uważam, że można poczytać) albo do konsultacji z lekarzem prowadzącym. W każdym razie, przeanalizowałam wszystkie za i przeciw i bardziej skłaniałam się ku „przeciw”. Niemniej wciąż biłam się z myślami czy poradzę sobie z bólem sama, bez środków farmakologicznych. Jednocześnie podchodziłam do tematu dosyć ambicjonalnie, co nie ułatwiało sprawy. W końcu jednak zadałam sobie pytanie: jaki obraz porodu chcę zachować w pamięci, kiedy zapyta mnie o to doświadczenie moja córka? Czy chcę móc jej powiedzieć, że owszem, bolało, ale mimo wszystko był to wspaniały czas? Czy może wolę urodzić bez znieczulenia za wszelką cenę, nie zważając na swoje potrzeby i komfort? Uznałam, że potraktuję znieczulenie jak „furtkę bezpieczeństwa”, a finalną decyzję podejmę dopiero podczas porodu (jak się okazało, decyzja niejako podjęła się sama, o czym napiszę za chwilę).

WIZUALIZACJA

Mniej więcej tydzień przed terminem zdarzało mi się słyszeć: „wytrzymaj jeszcze do środy, to spotkamy się z XYZ”, „oby nie w czwartek, bo jest dobry mecz!” itd. Bywało to irytujące, ale muszę przyznać, że sama również miałam swoje preferencje co do tego dnia. Wyobrażałam sobie jak to będzie. Marzyłam o tym, aby urodzić w niedzielę i raczej w dzień, a nie w nocy (wtedy chyba jeszcze wydawało mi się, że mogę się wyspać na zapas;-)). Sobotę spędziłabym spokojnie z Potworem, a następnego dnia on byłby ze mną w domu i nie musiałby gnać z pracy z powodu pierwszych skurczów. Poza tym uniknęlibyśmy korków. No po prostu same plusy! Po części wierzę w moc samospełniającej się przepowiedni. Przede wszystkim jednak, niezależnie od efektu końcowego, taka pozytywna wizualizacja pomogła mi odbudować w sobie nieco spokoju i przygotować się do tego, co nastąpi. A to była duża wartość.

wp-1519543301191..jpg

CO MI POMOGŁO PRZETRWAĆ BÓL?

Czy podczas porodu chciałam skorzystać ze znieczulenia? Owszem. Byłam przekonana, że ból, który odczuwam, będzie jeszcze 4 razy większy i potrwa co najmniej kilka godzin. Jednak wszystko potoczyło się tak szybko, że nie zdążyliśmy nawet wypełnić niezbędnych formularzy. I jestem z tego bardzo zadowolona.

Oczywiście nie sposób przewidzieć ile potrwa poród, a znieczulenie trzeba podać odpowiednio wcześnie, co może nieco utrudnić podjęcie decyzji. Uważam, że trzeba tu jakoś zawierzyć własnej intuicji i pamiętać, że każdy wybór jest dobry, jeśli tylko jest naszym wyborem (nie mówię tu o sytuacjach, kiedy znieczulenie jest niemożliwe z przyczyn medycznych). Niezależnie od naszej decyzji, warto mieć dodatkowo w zanadrzu serię innych metod łagodzenia bólu, których skuteczność możemy wypróbować. Już sama świadomość, że mam całą listę możliwości, zadziałała na mnie uspokajająco. Co sprawdziło się w moim przypadku?

  • Zachowanie spokoju. Oczywiście łatwo jest wpaść w panikę, kiedy znajdujemy się w tak nowej i, co tu dużo kryć, przerażającej dla nas sytuacji. A strach może nas zablokować i zacząć działać na naszą niekorzyść. Dlatego ważne jest to, żeby unikać tworzenia czarnych scenariuszy w głowie i starać się myśleć pozytywnie. Jeszcze przed porodem przypominałam sobie, że przecież miliony kobiet już przez to przeszły, więc dlaczego ja miałabym tego nie zrobić?
  • Poruszanie się. W szkole rodzenia poznałam sporo pozycji porodowych, ale ostatecznie to przede wszystkim moje ciało podpowiadało mi jaki ruch będzie najlepszy w danym momencie. Wszystko zadziałało bardzo intuicyjnie.
  • Określanie bólu na skali od 1 do 10 (gdzie 1 to ukłucie szpilki, a 10 – niewyobrażalny ból, który odczuwalibyśmy np. podczas obdzierania ze skóry). Pozwalało mi to powrócić do realizmu sytuacji i zdać sobie sprawę z tego, że ból nie jest jeszcze ekstremalny.
  • Skupienie na oddychaniu – okazało się moim największym sprzymierzeńcem, zarówno w szpitalu, jak i dużo wcześniej, w domu. Długie, głębokie oddechy działały na mnie lepiej niż gaz rozweselający. Pomagały mi rozluźnić ciało podczas skurczów i zachować spokój umysłu.
  • Dzielny asystent porodu w postaci Potwora, który był przy mnie przez cały ten czas. I była to w większości milcząca obecność, ponieważ takiej właśnie potrzebowałam. Odpowiadał za mnie na pytania, kiedy ja nie byłam w stanie nic powiedzieć i obserwował skurcze na wykresie KTG, dzięki czemu wiedział, kiedy odczuwam największy ból (nie do końca wiem dlaczego, ale to mi pomagało:-)).
  • Świadomość, że ktoś myśli o mnie. I była to cała rzesza osób, które Potwór poinformował o rozpoczęciu akcji porodowej. Nie miałam głowy do zbyt wielu telefonów, ale bardzo uspokoiła mnie rozmowa z moją mamą. Tuż przed wyjazdem do szpitala napisałam również do nauczyciela medytacji i poprosiłam, aby pomedytował z myślą o mnie i o Ptysiu. Poczucie, że on współodczuwa i jest z nami duchem, skupiony na naszym doświadczeniu, sprawiało mi niesamowitą ulgę.
  • Myśl o tym, że jesteśmy w tym razem – moje dziecko pomaga mi przez to przejść i dotrwać do końca, podejmując największy w swoim dotychczasowym istnieniu wysiłek.
  • I wreszcie: ulga z powodu tego, że nareszcie skończyła się przedporodowa niepewność i strach (to było życie jak na bombie!). A skoro poród już się zaczął, to ja Z KAŻDĄ MINUTĄ JESTEM CORAZ BLIŻEJ KOŃCA. A na tym „końcu” czeka na mnie nowa, wspaniała rzeczywistość.

MRYBICKA_20170907_1697

TEN DZIEŃ

Jako że mam w życiu sporo szczęścia (a może moje nastawienie w jakiś magiczny sposób na to wpłynęło), urodziłam Ptysia w niedzielę, 8. października – tak jak sobie wymarzyłam. Ból czułam już w nocy, ale mniej więcej do godziny 16:00 nie byłam pewna czy to aby nie są skurcze przepowiadające (były takie całkiem niepodobne do niczego). Mam wrażenie, że ta nieświadomość w pewien sposób pomogła mi nie wpaść w panikę. Piłam dużo wody, obejrzałam kilka filmików na youtubie (tematyka okołoporodowa) i wzięłam ciepły prysznic. Po południu wyszliśmy na spacer, a nawet posiedzieliśmy na huśtawkach! Po prostu starałam się nie myśleć za dużo o tym, co się szykuje i skupić się na wykorzystaniu przerw między skurczami.

Około 17:20 zapakowaliśmy się w samochód. Nie zdecydowaliśmy się na wykupienie prywatnej opieki, postanawiając zaufać temu, że pracownicy szpitala zajmą się nami tak dobrze, jak powinni. Dlatego położna, która nam towarzyszyła, była przypadkowa. Okazała się bardzo konkretną, a jednocześnie stonowaną i subtelną osobą. Stanowiła dla nas ogromne wsparcie.

Już o godzinie 20:49 Ptyś spojrzała na świat swoimi wielkimi, ciemnymi oczętami. Oboje z Potworem mieliśmy nawet wrażenie, że delikatnie się uśmiecha (tak, wiem, to był zapewne całkiem nieświadomy grymas, ale i tak wyglądało to magicznie w tym momencie). Od razu mogłam przytulić jej mokre ciałko i pocałować ją w maleńką główkę. Kiedy o tym myślę, czuję jeszcze ciepło i wzruszenie, które towarzyszyło mi w tamtej chwili. I jestem pewna, że te wspomnienia zostaną ze mną na zawsze.

Poród to jedyna taka randka w ciemno, która daje Ci pewność, że spotkasz na niej miłość swojego życia.

………………………………

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie Mama na Roślinach, u której znajdziecie więcej pozytywnych historii porodowych.

Wszystkie zdjęcia w tekście to ja i Ptyś w obiektywie wspaniałej Marty Rybickiej – Bianco Studio.

Reklamy

2 odpowiedzi na “PORADNIK POZYTYWNEGO RODZENIA”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s